Polska Szkoła Języków Orientalnych w Stambule

Polska Szkoła Języków Orientalnych w Stambule

Przez wieki, dzieje Rzeczpospolitej oraz Turcji były ze sobą splecione. Granica pomiędzy oboma krajami była niespokojna, a stawką rywalizacji była kontrola nad krainami leżącymi w basenie Morza Czarnego. Polskiemu królowi sen z powiek spędzały najazdy Tatarów, zaś sułtanowi – wycieczki Kozaków Zaporoskich. Jednak w okresie pokoju kwitnął handel oraz wymiana kulturalna. Brakowało jednak kompetentnych tłumaczy…


“Nieszczęśliwy to sromotny i niebezpieczny defekt Rzeczypospolitej, że tak uboga jest w języki pogańskie”

Autor tych słów, podkomorzy lwowski Wojciech Miaskowski, zdawał sobie sprawę, jak ważną kwestią w dyplomacji jest dysponowanie odpowiednim tłumaczem. Poseł wyruszył w drogę do Wysokiej Porty z ciężkim sercem, bowiem jego misja wypadła w niezwykle chaotycznym momencie: po śmierci sułtana Murada IV w 1640 roku tron objął jego znienawidzony brat, Ibrahim. Nie wiadomo było, czego można się spodziewać po nowym padyszachu.

Portret sułtana Ibrahima I, Pieter de Jode. Źródło: Rijksmuseum

Miaskowski dotarł do stolicy tureckiego imperium przez Chocim oraz Bukareszt. Za tłumacza służył podkomorzemu pewien Ormianin, który jednak niewiele miał poszanowania i zrozumienia dla wagi dyplomatycznej misji. Poseł Rzeczpospolitej przekazał przez tłumacza swoją niechęć do przestrzegania czołobitnego protokołu, obowiązującego za poprzedniego sułtana. Jednak zachowanie wynajętego sługo doprowadziło do zgrzytu podczas pierwszej audiencji, co Miaskowski opisał w swojej relacji: 

Odniósł mi tłumacz przystojnie, iż jako wielki poseł przyjęty i szanowany będę. Ale potem pokazało się, że tłumacz mój nie powiedział tego, z bojaźni wezyrowi, jako ormianin (…). Kiedyśmy już do Cesarza wnijść mieli, przypomniałem przez tłumacza Wezyrowi, słowa jego, około ceremonii witania. Tłumacz co inszego rzedł do wezyra, co inszego mi powiedział, jako i wczora. 

Na szczęście, pomimo uchybień ormiańskiego tłumacza, misja dyplomatyczna nie zakończyła się klęską. Wypracowano układ, którego celem miało być ograniczenie łupieżczych najazdów Kozaków oraz Tatarów; zabezpieczono również handel pomiędzy Rzeczpospolitą i Turcją. Miaskowskiemu, dzięki przychylności wielkiego wezyra Kemankeşa Kary Mustafy Paszy, udało się uwolnić wielu polskich jeńców. Byli to Polacy wzięci w niewolę po bitwie pod Cecorą dwadzieścia lat wcześniej oraz kobiety wzięte w jasyr. W Stambule właściciele niewolników podnieśli wielkie larum: nie może być, że ubędzie im galerników i służby w domach, ogrodach i folwarkach! Jednak pomimo nacisków wpływowej matki sułtana, przebiegłej Kösem Sultan, wielki wezyr dotrzymał swojego słowa, a Miaskowski wrócił do kraju z liczną grupą wyzwoleńców – nawet tych urodzonych już w tureckiej niewoli. 

Poseł zdawał sobie jednak sprawę, że polska dyplomacja mogła osiągnać dużo więcej, gdyby dysponowała pomocą lepszych tłumaczy. Korzystanie z usług niepewnych pośredników mogło zaszkodzić całej Rzeczpospolitej, a tubylcy często w obawie o swoje życie próbowali się wymigać ze swoich obowiązków, bądź działać na szkodę zagranicznych dyplomatów. Współcześni zdawali sobie doskonale sprawę z tych niedociągnieć: 

Jeżeli w inszych punktach mniejszych, pociągnęło arabskie pióro, stało się to nad umowę i tranzakcją moją z wezyrem, którego też kancelaria łatwo, jako idiotę oszukała; ja też wiernego tłumacza nie mając, więcej przez najemnych pisarzy tureckich uczynić nie mogłem. Książe imć Zbaraski (…) przecie w listach i relacji swojej skarży się na to, że tłumaczów śmiałych i wiernych nie miał, a ni mógł u dworu i Rzeczypospolitej uprosić. 

Między Wschodem i Zachodem

To oczywiście nie oznaczało, że nie było w Rzeczpospolitej ludzi władającym językami orientalnymi. Wręcz przeciwnie: istniały całe rody, w których taka nauka stała się tradycją! Raz jeszcze zajrzyjmy do relacji Miaskowskiego: 

Szczęśliwsi byli pan Herburt z panem Ożgą, bo tamten pana Krzysztofa Dzierżka chorążego trockiego, który w dom swój arabski język wprowadził, i krewnych swych wyćwiczył, a ten p. Samuela Otwinowskiego, obudwóch peritissimos języka i rzeczy tureckich, nieustraszonych, wietnych i życzliwych Panu i ojczyźnie obadawaj mieli.

Pierwszym przedstawicielem rodu, który zainteresował się językiem tureckim, był Krzysztof Dzierżek. Został on wysłany do Konstantynopola przez króla Zygmunta Augusta, aby nauczył się języka państwa Osmanów. Jego nauczycielem był niejaki Ibrahim Bega…w Rzeczpospolitej znany wcześniej jako Joachim Strasz. Ibrahim był poturczeńcem, czyli człowiekiem, który  przekonwertował się na islam. Strasz jako dziecko został wzięty w jasyr, a w dorosłym wieku zrobił karierę na sułtańskim dworze jako dyplomata.

Potyczka polsko-turecka, Johann Wilhelm Baur, 1633 r. Źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Dzięki znajomości tureckiego, Dzierżek stał się cenionym królewskim agentem, a jego umiejętności były nieocenione zarówno w dyplomacji, jak i podczas kampanii wojennych. Od tamtej pory wielu Dzierżków pełniło rolę tłumaczy oraz dyplomatów. 

Inną słynną rodziną żyjącą na styku Wschodu i Zachodu byli Otwinowscy.  Samuel Otwinowski (1575-1642), po wielu latach spędzonych w Konstantynopolu, wrócił do ojczyzny, służąc za tłumacza wielkiemu wodzowi, hetmanowi Stanisławowi Żółkiewskiemu. Otwinowski zasłynął pierwszym w Europie przekładem poematu Gulistan, autorstwa średniowiecznego perskiego poety Sadiego z Szirazu. W polskiej wersji tytuł brzmiał Giulistan, to jest ogród różany. Jedna z fraz tego dzieła została umieszczona w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. W tłumaczeniu Otwinoskiego brzmi ona następująco:

Szkoła Języków Orientalnych

Jednak dopiero wiek XVIII  przyniósł rzeczywistą inicjatywę założenia szkoły, która miała przygotować tłumaczy języków orientalnych do służby Rzeczpospolitej. Ta placówka edukacyjna powstała około 1766 roku z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Wpisywało się to w inne reformatorskie przedsięwzięcia władcy. Rok wcześniej założona została Szkoła Rycerska, która miała kształcić przyszły korpus oficerski dla armii Rzeczpospolitej. Obie instytucje były utrzymywane ze skarbu państwa.

Szkoła języków orientalnych działała w stambulskiej dzielnicy Galata, dawniej nazywanej również również Perą. W epoce nowożytnej ten rejon był domem dla Greków, Żydów, Ormian i przedstawicieli krajów europejskich. To było miejsce spotkań handlarzy, dyplomatów i ludzi morza; tutaj swoje świątynie mieli chrześcijanie różnych wyznań. 

Galata w XVII wieku. Fragment widoku Konstantynopola z Civitates orbis terrarum. Źródło: Wikimedia Commons

Z misją założenia szkoły wysłano do Turcji dwóch dyplomatów: Zygmunta Everharda (który za swoją służbę został nobilitowany) oraz konsyliarza Karola Boscampa-Lasopolskiego, znawcę spraw tureckich i agenta rosyjskiego. Pierwszym opiekunem placówki został Piotr Crutta, który pochodził z albańskiej rodziny tradycyjnie wydającej na świat dragomanów, czyli tłumaczy i ludzi styku dwóch kultur. Do Polski przybył również jego brat Antoni Crutta, który zajął się tłumaczeniem dokumentów w kancelarii królewskiej. Szkoła kształciła na raz zaledwie kilku uczniów. Pierwszy rocznik składał się z czterech chłopców: Stanisława Pichelsteina ( syna słynnej Reginy Salomei Pilsztynowej, pierwszej polskiej lekarki, która zrobiła bezprecedensową karierę w Turcji), Jasna Nikorowicza, Michała Derdekała i Piotra Giulianiego.

Decyzją Sejmu środki na utrzymanie szkoły ponosił zarówno skarb Korony jak i Litwy. Przez złą sytuację gospodarczą wąziutki strumień pieniędzy stał się jeszcze węższy, dlatego z czasem zmniejszono liczbę studentów. W szkole nauczano nie tylko języków orientalnych (arabskiego, tureckiego, perskiego), ale również włoskiego i francuskiego. Program nauczania wzbogacono również o umiejętności niezbędne dyplomatom oraz poznanie kultury krajów Orientu. W pewnym momencie na czele szkoły stanął jej wychowanek – Stanisław Pichelstein. 

Szkoła stała się nie tylko miejscem edukacji, ale swoistą placówką dyplomatyczną Rzeczpospolitej. W tamtym czasie stosunki między Turcją i Polską były napięte, ale nie przez wzajemne utarczki przy granicy, ale przez wpływy Rosji w Polsce. Pod koniec XVIII wieku Rzeczpospolita stała się de facto protektoratem Moskwy, której ambicje stanowiły największe zagrożenie dla Wysokiej Porty. Szkoła Języków Orientalnych stała się pretekstem do polskiej obecności nad Bosforem. 

Józef Mikosza – człowiek Oświecenia

Józef Mikosza (1744-1825), nauczyciel historii, praw i zwyczajów krajowych, został wysłany do Stambułu przez króla Stanisława Poniatowskiego w 1782 roku. Wydaje się jednak, że jego głównym zadaniem nie było kształcenie uczniów, a działanie na rzecz ożywienia handlu pomiędzy Turcją i Rzeczpospolitą. Mikosza obserwował sytuację w Turcji i informował władze w ojczyźnie o potencjalnych towarach, które mogły być przedmiotem wymiany handlowej. W 1783 roku wysłał list do Pamiętnika Politycznego i Historycznego, czasopisma wydawanego w Warszawie:

Z Konstantynopola d. 25. Aug. 1783

Znając dobrze, jak wielce krajowi naszemu potrzebny jest handel, i zważając jakich mógł by się stać na obywatelów awantażów [tj. zysków] na dal okazją nie mogłem nie być knionym ukontentowaniem z pierwszego Jego Waszmości pana dobrodzieja teraźniejszego kroku, który nie tylko jest dowoden szczególniejszej jego rezolucji i hazardu, lecz prócz tego istotnym patriotyzmu duchem, wykierowanym, ku okazaniu innym sąsiadom swoim ścieżki i wyśladowania pożytków dla kraju przez handel, którym prócz tylko samych Polaków, wszystkie w powszechności narody zatrudniająsie w tym wieku, sprowadzając bogactwa z innych części świata w swoje progi. 

Pogranicze polsko-tureckie w pierwszej połowie XVIII wieku. Źródło: Polona.pl

Pod koniec istnienia Rzeczpospolitej Józef Mikosza związał się z rządem rosyjskim, a po 1795 roku pełnił funkcję tłumacza przy gubernatorze w Kamieńcu Podolskim, gdzie zmarł w 1825 roku. Mikosza pozostawił po sobie niezwykle interesującą spuściznę – swoje relacje i spostrzeżenia dotyczące Turcji, które zostały zebrane i wydrukowane jako Obserwacye polityczne państwa Tureckiego, rządu, religii, sił iego, obyczajów i narodow pod tymże żyiącym panowaniem. Dzieło szlachcica zostało przetłumaczone na inne języki i cieszyło się na przełomie XVIII i XIX wieku dużą popularnością. Mikosza na samym początku swojej relacji wspomina o jednym z wychowanków Szkoły Orientalnej:

Dla bezpieczniejszej przez kraj turecki przeprawy sądziłem potrzebą być opatrzony paszy chocimskiego paszportem. Jmć P. Giuliani, tłumacz Jego Królewskiej Mości i Rzeczypospolitej pograniczny, umyślnie  tu na to miejsce ze mną z Kamieńca przybył, aby mi dla wyrobienia onego [dokumentu] był pomocą. (…) Opowiedział Jmć Pan Giuliani,że jestem Polak, jadę do Stambułu i żądam paszportu. Nie pytano się, po co i dlaczego, kazano napisać sekretarzowi i nie wyszło  kwadransa, paszport mi był oddany. Oprócz tego zostałem cybuchem i kawą uczęstowany.

Ten niewielki ustęp jest dowodem, jak bardzo przydatni dla dyplomacji byli zawodowi tłumacze na żołdzie królewskim. Szkoda jedynie, że projekt założenia specjalnej szkoły mającej kształcić dragomanów został zrealizowany dopiero wtedy, kiedy Rzeczpospolita chyliła się ku swojemu upadkowi. Wraz z nim, po niemal trzydziestu latach działania, przestała istnieć Szkoła Języków Orientalnych w Stambule. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *