Jak podróżowano w dawnej Polsce? Krótki przewodnik dla chrononautów

Jak podróżowano w dawnej Polsce? Krótki przewodnik dla chrononautów

Kiepskie drogi, złe warunki w przydrożnych karczmach, niepogoda czy rozbójnicy szukający łatwego zarobku – podróżowanie w dawnej Polsce nie było łatwe. Aby przygotować się do podróży w czasie, poniżej znajduje się krótki przewodnik dla zainteresowanych. 


Polscy szlachcice przyglądają się ruchowi statków na Motławie w Gdańsku. Rycina M. Deischa, druga połowa XVIII wieku, źródło: Polona.pl
Termin chrononauta oznacza podróżnika w czasie: od zbitki greckich terminów chronos (czas) oraz naútēs (żeglarz). W cyklu Przewodnik dla chrononautów w lekki sposób przybliżone będą realia dnia codziennego dla dawnych mieszkańców Rzeczpospolitej.

Podobnie jak dzisiaj, w epoce nowożytnej motywy do wyruszenia w drogę bywały bardzo różnorodne. Niektórzy chcieli zdobyć wiedzę i zobaczyć kawałek świata: dlatego młodzi ludzie z bogatych rodów szlacheckich bądź patrycjuszowskich wyruszali na kilkuletnie grand tours,  podczas których odwiedzali kolejne kraje, miasta i uniwersytety. Dzięki temu uczyli się języków, manier i zwyczajów, oraz, w przypadku uczonych, budowali sieć kontaktów, niezbędną w prowadzeniu aktywnego życia naukowego. W taką podróż wyruszył chociażby przyszły król Jan Sobieski, który zwiedził kraje Świętego Cesarstwa Niemieckiego, Niderlandy, Anglię i Francję. 

Dla innych motorem napędowym wędrówki była religia, bowiem pielgrzymki nie straciły na popularności w epoce nowożytnej.  Pielgrzymowano aby odkupić swoje winy, podziękować za otrzymaną łaskę, bądź z powodu żarliwej wiary. Biedniejsi wędrowali pieszo, z nieodłącznym kosturem i strojem pielgrzyma; bogaci wybierali powozy bądź statki. Pątnicy szczególnie chętnie wybierali się do Rzymu, Santiago de Compostela i do samej Ziemi Świętej – zachowało się sporo polskojęzycznych relacji w wizyt na Bliskim Wschodzie. Jedną z nich pozostawił po sobie Mikołaj Krzysztof Radziwiłł (1549-1616). Tak opisuje swoje dotarcie do Jerozolimy:

A wszedłszy do kościoła, i pospołu z zakonnikami poklęknąwszy, śpiewaliśmy »Te deum laudamus«, Pani Bogu za tak wielkie dobrodziejstwo dziękując, że nas do tych miejsc Świętych zdrowo i szczęśliwie doprowadzić raczył, w których stały Najświętsze nogi jego, gdy zbawienie nasze sprawował. 

Brz podróży trudno sobie wyobrazić handel. W dawnej Rzeczpospolitej spławiano zboże do Gdańska, a w samym mieście zaopatrywano się w dobra luksusowe, takie jak książki, meble, sukno czy przyprawy. Podróżowano również z powodu piastowanych urzędów, czy potrzeby stawienia się na sejmikach ziemskich, czy na sejmie walnym. Chociaż powodów do wojaży było wiele, wszyscy wyruszający w drogę musieli liczyć się z takimi samymi niebezpieczeństwami i przeszkodami. 

Stan dróg w Rzeczpospolitej

Mówiąc wprost – drogi w dawnej Rzeczypospolitej były w opłakanym stanie. Chociaż wsie, miasteczka i miasta były połączone siecią dróg, gościńców i ścieżek, bardzo często ich jakość pozostawała wiele do życzenia. Niekiedy podróż nimi był niemożliwa przez błoto; inne znikały i zarastały. Istniały również drogi sezonowe, na przykład zimą prowadzące przez zamarznięte bagniska. Kiedy nadchodziły roztopy bądź ulewne deszcze, drogi zamieniały się w błotne mokradła. Zima przynosiła przeszkody w postaci zasp, zamieci oraz oblodzonych kolein; chętniej korzystano wówczas z sań. 

Fragment mapy Erika Dahlbergha z 1696 roku. Widczona sieć dróg, łącząca miasta. Źródło: Polona.pl

Część dróg miała bardzo stary, jeszcze średniowieczny rodowód, tak jak relikty średniowiecznej Via Mercatorum, dawnego kupieckiego szlaku, który  prowadził z Gdańska, przez Tczew, do Krakowa i w stronę Królestwa Węgier. Do innych ważnych szlaków w dawnej Rzeczypospolitej należały: 

  • Trakt Litewski
  • Wielki Gościniec Litewski
  • Droga pruska

Mimo wszystko, niekiedy podejmowano próby poprawienia jakości ważnych szlaków. Litewski badacz Tomas Čelkis w swoim artykule poświęconym drogom w Wielkim Księstwie Litewskim przytacza wydarzenie z XVII wieku. W 1647 r. król Władysław IV nakazał mieszkańcom miasteczka Simno (lit. Simnas), by w puszczy królewskiej narąbali drewna i wykonali wzmocnienie dróg w okolicach miasta, ponieważ znajdowało się ono w kotlinie i z powodu deszczu drogi stały się nieprzejezdne. 

Ówcześni ludzie dostrzegali problem kiepskiej jakości dróg. Powstawały nawet szeroko zakrojone projekty poprawy sytuacji. Jan Ostroróg (1436-1501), bliski współpracownik króla Kazimierza Jagiellończyka i Jana Olbrachta, napisał w 1477 roku dzieło zatytułowane Memoriał o naprawie Rzeczypospolitej, zawierającym postulaty mające zmierzać do reform wewnątrz państwa. Ostroróg apelował:  

Cła atoli i myta są ustanowione wyłącznie dla dobra Rzeczypospolitej i kraju. Wszelako drogi źle są teraz opatrywane, mosty po większej części popsute i nieumiejętnie bywają naprawiane przez dozorców celnych. Potrzeba tedy, by płacący cło wiedzieli, za co płacą. Dla zapobieżenia zaś szkodzie w rolach i zasiewach, tudzież kłótniom między podróżnymi, nie chcącymi sobie po wąskich drogach ustępować, wypadnie podwójne drogi wszędzie po gościńcach, a osobliwie po mostach porobić, o dwa lub trzy przynajmniej łokcie od siebie odległe. Skoro to zarządzone i pod karą ogłoszone zostanie, każdy szlachcic w swej włości powinien to wykonać. Jak tylko dwie równoległe drogi pozakładane będą, znikną zajeżdżania się i kłótnie między podróżnymi dotąd zwykłe.

Niestety, ten wizjonerki projekt wytyczania dróg dwupasmowych nie został w Rzeczpospolitej zrealizowany, a obowiązek utrzymywania dróg w dobrym stanie, spoczywający na szlachcicach, często okazywał się martwym prawem. 

Przydrożne karczmy

Drogi – chociaż nienajlepsze – nie były największym utrapieniem podróżników. Rzeczą, która spędzała sen z powiek wędrowcom na polskich szlakach, były karczmy, a raczej ich opłakany stan. Anglikański wielebny Robert South, kapelan earla Rochester, towarzyszył mu w misji dyplomatycznej do króla Jana III Sobieskiego. South pozostał w Polsce dłużej, a owocem tej wizyty była list wysłany z Gdańska do Edwarda Pococke’a, w którym South opisuje swój pobyt w kraju.

Karczma w Podlodowie, 1905 r. Źródło: Polona.pl

W swojej relacji kapłan skarży się na warunki podróżowania. Problemem była mała ilość zajazdów oraz panujące w nich warunki. Southowi karczma przypomina stajnię, pozbawioną mebli i wyścieloną słomą. W gospodzie nie ma żadnych okien, a światło wpada do środka przez dziury w ścianach. Inną niedogodnością była duża ilość robactwa: komarów, pcheł oraz innych insektów. We wnętrzu karczmy panował zaduch i przyduszający smród, więc czasem lepiej było spać na sianie w prawdziwej stajni. Southa uderzył jeszcze zapach sfermentowanej kapusty, która według niego była standardowym wyposażeniem każdego karczmarza i polskim przysmakiem. Również Francuz Gaspard de Tende, przebywający długie lata na polskim dworze, opisywał karczmy jako długie drewniane budynki, w których zwierzęta gospodarskie spały razem z ludźmi, a smród był mniejszy w stajni niż w głównej izbie. 

Jeżeli nie jesteśmy przekonani relacjami cudzoziemców, przyjrzyjmy się zagorzałemu obrońcy Rzeczypospolitej, Łukaszowi Opalińskiemu młodszemu (1612-1662), który w swoim dziele Obrona Polski (Polonia defensa contra Joannem Barclaium) prowadził polemikę z z krytycznym i ironicznym przedstawieniem Rzeczpospolitej. Pomimo żarliwego odpierania zarzutów szkockiego satyryka Johna Barclaya, w przypadku karczem Opaliński kapituluje całkowicie: 

W tem, chociaż swym zwyczajem Barklaj przedstawia rzecz rozwlekle i przesadnie (jest bowiem zawsze gadatliwy), nie wszędzie jednak mija się z prawdą.  Prawda, że niema u nas zajazdów, któreby ułatwiały podróżującym nocleg i pożywienie. (…) Podobnież jak szpetnem i obrzydliwem jest znosić brud łóżka, często z plamami i znakami świństwa, parchów i chorób wenerycznych. Zaiste wolałbym wraz z Seneka »mieć suchy chleb, jedzenie bez zastawy, po którem jednak nie trzebaby rąk umywać, i łoże, choć twarde, ale nie pozostawiające żadnych śladów«, aniżeli używać tego plugastwa. Któż bowiem zaprzeczy, że przeważnie poza najprzedniejszemi chyba miastami są nędzne gospody? 

Łukasz Opaliński

Nie tylko same karczmy cieszyły się złą (i, jak się wydaje, zasłużoną) sławą, ale również gospodarze tych przybytków. Opaliński mówi o przeklętych karczmarzach, którymi kieruje jedynie chciwość i chęć zarobku. Dla wielebnego Southa uderzający jest brak higieny, bowiem według jego relacji, bowiem nie zmieniał on nawet siana, na którym spali poprzedni goście. Niechęć Opalińskiego do karczmarzy mogła być też spowodowana inną kwestią, zauważoną przez obcych, a związaną z sarmacką mentalnością. Gaspard de Tende: 

Sądzę, że powodem, dla którego w karczmach nie można nic znaleźć, jest fakt, że szlachcice nigdy nie płacą za to, co otrzymują. Dlatego też gospodarze karczem odmawiają im wszystkiego, mówiąc: nie masz. Niemniej cudzoziemcom bez problemu dają to, co akurat mają. 

Jaka była recepta na takie warunki podróżowania? Zalecano, aby jak najwięcej sprzętów wozić ze sobą – łącznie z…łóżkiem. Popularnym środkiem transportu była kolasa, do której pakowano prześcieradła, wezgłowie, siennik i narzutę, a wszystko trzymano w jednym podróżnym worze, który można schować pod siedziskiem. Zalecano również zabierać swój własny prowiant (nie wyłączając alkoholu!) oraz owies dla koni. Gaspard de Tende napominał ewentualnych podróżników, żeby pamiętali o uzupełnianiu swoich zapasów podczas przejazdów w okolicach miast. Potwierdza te słowa Łukasz Opaliński, który próbuje nawet bronić takich obyczajów. Według niego, ludzie biedniejsi nie potrzebują wspaniałych gospód, a bogatsi magnaci podróżują z takim splendorem i wielką świtą, że żaden karczmarz nie byłby w stanie ich godnie podjąć.

Podróżnicy w drodze do Elbląga – fragment panoramy miasta z pierwszej połowy XVIII wieku. Źródło: Polona.pl

Szlachcice wozili więc ze sobą własne jedzenie, które następnie podawano im w karczmie, co Opaliński poczytywał za dobry zwyczaj, znany również poza Polską. Szlachcice którzy podróżowali konno wozili ze sobą pikowaną matę, którą trzymali pod siodłem. W tych podróżnych obyczajach dopatrywano się oszczędności. 

Dodatkową niedogodnością dla podróżników chcących zatrzymać się w karczmie były…święta. Podczas rzadkich okazji kiedy chłopi mogli oderwać się od ciężkiej fizycznej pracy, okoliczne wsie schodziły do karczmy, gdzie pito, śpiewano i tańczono. Ciężko było spać w takich warunkach, zwłaszcza że z upływem czasu hałas był coraz większy, bowiem prześcigano się w pijaństwie. 

Karczmy w miastach

W dawnej Rzeczpospolitej szlachcice nie byli jedynymi, którzy udawali się w podróże. Również mieszczanie odznaczali się dużą mobilnością, zwłaszcza w Prusach Królewskich. Patrycjusze chętnie wysyłali swoich synów na zagraniczne (najchętniej protestanckie) uczelnie, a sami niekiedy podróżowali przez handel, politykę bądź dyplomację. Przedstawiciele miast często wysyłali swoich posłów na sejmiki bądź na dwór królewski. 

W dużych miasta dużo łatwiej było znaleźć kwaterę o dużo lepszym statusie niż te znajdujące się przy traktach; gospód w miastach było też dużo więcej. W Gdańsku, czyli w wielkim, portowym mieście, karczmy znajdowały się w samym mieście, ale również jego najbliższym otoczeniu. Część była przeznaczona przede wszystkim dla marynarzy; istniały jednak inne miejsca, o dużo lepszej reputacji, przeznaczone dla bogatszych podróżników. 

Fragment przewodnika po Europie z 1703 roku – zalecane gospody w Gdańsku. Źródło: digital.bibliothek.uni-halle.de

Przykładem karczmy przeznaczonej dla ludzi morza była Karczma Zachodnia (Westkrug). Powstała ona już przed 1577 rokiem, była więc jednym z najstarszych budynków wzniesionych w Nowym Porcie. W kolejnych latach dołączyły do niej dwie kolejne – Karczma Hakowa oraz Balastowa (Hakenkrug oraz Ballastkrug), kolejno pod koniec XVI oraz w połowie XVII wieku. Oliwscy cystersi byli właścicielami tych przybytków, które oddawali w dzierżawę, co było kolejnym źródłem dochodu bogatego opactwa. 

Karczma Zachodnia i Twierdza Wisłoujście – fragment obrazu Isaaka van den Block Apoteoza Gdańska z 1608 roku. Źródło: Muzeum Gdańska

Klientami Karczmy Zachodniej byli nie tylko mieszkańcy okolicznych wsi (takich jak chociażby Brzeźno czy Zaspa), czy rybacy pracujący na jeziorze. Wokół karczmy – oraz na przeciwległym brzegu rzeki, w Twierdzy Wisłoujście – panował nieustanny ruch statków, a przecież ludzie morza zawsze byli skorzy do zabicia czasu kuflem piwa. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności jesteśmy w stanie powiedzieć, jakich dokładnie praw i przepisów musiał przestrzegać dzierżawca Karczmy Zachodniej na początku XVII wieku. Z 1616 roku pochodzi wilkierz, czyli zbiór przepisów, wydany dla poddanych oliwskiego klasztoru przez opata Dawida Konarskiego. 

Co ciekawe, dokument został stworzony w języku polskim. Oto kilka jego punktów, które szczególnie interesowały karczmarzy (pisownia oryginalna):

XXII. Nie ma się też żaden karczmarz ważyć obcego piwa szynkować oprócz tego, które z browaru wychodzi, do którego on należy, chybaby się stało z naszym dozwoleniem, pod surową winą. Do robienia zaś piwa powinien każdy z każdej wsi do dworu albo browaru bieżeć kolejno. 

XXIV. Przykazujemy też surowo wszystkim karczmarzom i hakarzom, żeby wszelakie potrzeby przedajne mieli tak dla podróżnych, jako i dla obywatelów, pod utraceniem ich prawa. 

XXV. Każdy karczmarz powinien będzie mieć puszkę dla ubogich, do której będzie odbierał jałmużnę, którą dobrzy i miłosierni chrześcianie ubogim dobrowolnie ofiarować będą, w którą też i wina włożona będzie od tych, którzy złorzeczeniem, przeklinaniem i inszemi złemi przykładami i obyczajami wykroczą i przestąpią, a te pieniądze co rok z wiadomością pańska mają być ubogim i niedostatecznym wydane. 

Podróżowanie zimą

Chociaż podróżowanie zimą wiązało się z wieloma niedogodnościami, paradoksalnie mogło ułatwić przeprawę w momencie kiedy mróz ścinał zabagnione koleiny. Podczas chłodnych miesięcy chętnie korzystano z sań do dalszego, ale również bliższego podróżowania. Wrócmy do Opalińskiego:

Z równą on to mówi wiernością, jak i doświadczeniem. Czy istotnie nie mamy możności podróżowania prócz w zimie, czy tylko wozami jeździmy (chciał on zdaje się mówić o saniach)? Czyż brak nam pojazdów z całym różnorakim przyborem, którego zwykło się używać? Śmiało powiem, iż nie ma narody, który by jeździł tak wspaniale i z taką okazałością, jak my. Rozliczne są u nas rodzaje wozów, rozmaitego kształtu, różnym właściwe okolicom, niekiedy szczególnie wytworne. 

 

Anton Möller, Opowieść o sannie między Łęgowem a Pruszczem, 1608 r. Źródło: zbiory Biblioteki Kórnickiej

Zajrzyjmy do relacji Petera Mundy’ego, angielskiego obieżyświata, który 1642 roku znalazł się w Gdańsku i osiadł w mieście na kilka lat:

Zimą gdańszczanie używają do przemieszczania się niewielkich sań, ciągniętych przez jednego konia, które nazywają saniami „Yagh”. Niektórzy mówią, że to od słowa der Jagh, oznaczającego polowanie. Wydaje się jednak, że bardziej bliskie prawdy jest pochodzenie tego słowa od niewielkiej, szybkiej łodzi na wzór podobieństwa gładkiego sunięcia łódki przez taflę wody oraz ślizgania się sań przez lód i śnieg. Zazwyczaj w tych saniach siedzą dwie osoby: kobieta oraz mężczyzna, młodzieniec i panna itd. Mężczyzna prowadzi przez 3 lub 4 mile przez zmarzlinę: lądem do Heilighbrunn czyli świętej studni, lub do Oliwy, Sopotu itd. Innym sposobem jest przemierzanie zamarzniętej Motławy oraz Wisły, również do miejsc znajdujących się w okolicy. Sanie pędzą z wielką prędkością, wszyscy chcą siebie wyprzedzić, dlatego każdy chce dla siebie wziąć najszybszego konika.

Gaspard de Tende dodatkowo doradza podróżnikom, aby nie zapomnieli zrobić zimą zapasów wódki oraz zaopatrzenia się w futrzane pokrowce na stopy, co według Francuza było absolutnie niezbędne podczas siarczystych mrozów w Rzeczpospolitej. De Tende zauważa jednak plusy zimowego przemieszczania się: Natomiast jako że stawy i rzeki są zamarznięte i bez trudu można poruszać się wszędzie po lodzie, trzeba zadbać – gdy ziemia jest pokryta śniegiem – aby zlecić zrobienie sań, na których umieszcza się powóz lub kolase wraz z kołami i każe się je ciągnąć koniom.

Wszyscy na pokład!  

Wśród dawnych mieszkańców Rzeczpospolitej zdecydowanie największą popularnością cieszyły się szlaki lądowe. Polski szlachcic niechętnie wchodził na pokład statku – morze dla Sarmatów było dziwnym i strasznym żywiołem, z którym nie chcieli mieć do czynienia. Dopiero XIX-wieczny romantyzm przyniesie zachwyt nad morskim krajobrazem; wcześniej bezkresne wody wiązały się ze zbyt dużym ryzykiem. Obawiano się sztormów, chorób, głodu, czy wreszcie spotkania z wrogą jednostką; w tamtym czasach nawet wielu marynarzy nie potrafiło pływać, dlatego wypadnięcie za burtę często oznaczało wyrok śmierci. 

Flis do Gdańska, druga połowa XVIII wieku. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie

Chętniej podróżowano rzekami. Charakterystycznym elementem dawnego polskiego krajobrazu były barki wypełnione zbożem i drewnem, spławiane do Gdańska, a stamtąd – do całej Europy. To było źródło bogactwa nadmotławskiego emporium i wielu szlachciców. Spławem zajmowali się flisacy, zazwyczaj chłopi, którzy na wypełnionych szkutach wyprawiali się w dół rzeki. Kierowników spływu nazywano retmanami. W Gdańsku otrzymywali opłatę za swoje usługi i wydawali ją na swoje przyjemności. Ślad po nich utrwalił się w gdańskiej przestrzeni: od XVII wieku w źródłach pojawia się nazwa Polski Hak (Polnischer Hacken), czyli rejon w którym zatrzymywali się flisacy. Nic dziwnego, że powstała tutaj karczma! Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku gdańszczanka Johanna Schopenhauer z rozrzewnieniem wspominała czasy swojej młodości w Gdańsku i widok flisaków zebranych wokół ognisk, spędzających czas przy akompaniamencie skrzypiec – żółtych, malowanych w kwiaty. Z drugiej strony, flisacy wydawali się się nieco dzikimi przybyszami  daleka – ich postacie porównała nawet do małp. Flisakom czasami towarzyszyli szlachcice, którzy sami chcieli dopilnować swojego interesu. Przy okazji będąc w Gdańsku mogli się zaopatrzyć w luksusowe produkty i zaznać rozrywek, które oferowało największe miasto Rzeczpospolitej. 

Polski Hak na tzw. planie Gersdorffa z 1822 roku. Źródło: Polona.pl

Flisacy są bohaterami poematu sarmackiego autora Sebastiana Fabiana Klonowica. W jego wersach wybrzmiewa wolność, jakiej skosztować mogli podczas spływu chłopi pańszczyźniani: Bo kiedy już flis zasmakuje komu, Już się na wiosnę nie zostoji w domu; Już ciecze ze krą do Gdańska w komiędze, Boji się nędze. Choćby mu stawiał najlepszą zwierzynę, Przecie on woli flisowską jarzynę.

Nie tylko Gdańsk zarabiał na handlu wiślanym. Dzięki niemu bogaciło się wiele innych miast leżących przy rzece, od Torunia, przez Bydgoszcz i Warszawę, aż do Sandomierza. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *