Bazyliszek – postrach starej Warszawy

Bazyliszek – postrach starej Warszawy

Niegdyś niebezpieczeństwo czyhało wszędzie. Ludzie drżeli na myśl o wojnie czy skradającej się bezgłośnie zarazie, zaś każda klęska żywiołowa oznaczała nieustanną niepewność i walkę o przetrwanie. Nasi przodkowie obawiali się również namacalnego Zła, kryjącego się w cieniu na granicy widzialnej rzeczywistości. Zmarli powracający z zaświatów i potwory kryjące się w puszczach były tak samo prawdziwe jak powódź czy susza. Nie było to jedynie bajanie chłopów na wsi, o czym świadczy przekaz o wydarzeniach w XVI-wiecznej Warszawie, którą nawiedził bazyliszek.


Jak przekazał nam ksiądz Antoni Chryzanty Łapczyński w swoim Majestacie polskim (książkę wydano w 1739 roku), rzecz działa się w Warszawie, na samym początku panowania króla Zygmunta III Wazy.

W drugiej połowie XVI wieku Warszawa, niegdyś ważny ośrodek Księstwa Mazowieckiego, stała się dynamicznie rozwijających miastem Królestwa Polskiego. Przebywał tutaj chętnie król Zygmunt August, dla którego centralne położenie miało niebagatelne znaczenie, zwłaszcza po przekształceniu złączonych unią państw w jedną Rzeczpospolitą. Warszawa stała się miejscem obradowania sejmów walnych Korony oraz Wielkiego Księstwa. Pamiątką po zainteresowaniu ostatniego Jagiellona Warszawą był drewniany most przerzucony przez Wisłę, który budził podziw w całej Europie. 

Dalszy dynamiczny rozwój miasta łączył się z osobą króla Zygmunta III Wazy. Władca często bywał w mazowieckiej metropolii, zaś pożar Wawelu w 1595 roku stał się pretekstem do przeniesienia dworu do Warszawy. Zamek Królewski został znacznie rozbudowany w barokowym stylu, a miasto, dzięki swojego rezydencjonalnemu statusowi, zaczęło rozkwitać.

Łapczyński opisał taką oto historię:

Bazyliszek przedstawiony w dziele Firmamentum Symbolicum Stanisława Szulca, Lublin 1654. Źródło: Elbląska Biblioteka Cyfrowa

Bazyliszek w mieście syreny

Według legendy, jeden z domów na Starym Mieście spłonął i nie został odbudowany. Kilkanaście lat później bawiące się w okolicy rumowiska dzieci – syn miejskiego miecznika oraz córka jego sąsiada – znalazły wejście do starej piwnicy. Wiedzione ciekawością, zeszły do ciemnego podziemia. Wilgotna jama nie była jednak opustoszała, bowiem swoje legowisko urządził tutaj ohydny potwór.

Kiedy dzieci nie wróciły na noc, zrozpaczona matka wysłała na poszukiwania swoją służkę. W końcu i ona zeszła po wilgotnych stopniach w dół zapomnianej piwnicy, gdzie znalazła dwa drobne, zimne ciała. Kobieta, pod wpływem tego makabrycznego odkrycia, wydała z siebie straszliwy wrzask. Zaalarmował on mieszkańców Warszawy, chociaż samej kobiecie nie pomógł, bowiem i ona padła ofiarą złego stworzenia. 

Pierwszą rzeczą, na którą zdecydowały się władze miejskie, było wydobycie z czeluści trupów. Za pomocą długich drągów zakończonych hakami wyciągnięto zwłoki na powierzchnię. Ciała były wzdęte, a oczy ofiar nienaturalne opuchnięte. Ich stan pozwolił jednemu z uczonych postawić straszliwą tezę: w Warszawie zalęgł się bazyliszek.  Z pewnością wielu mieszczan otworzyło biblijną Księgę Izajasza (cytat według Biblii Gdańskiej):

Nie raduj się, ty wszystka ziemio Filistyńska! iż złamana jest rózga tego, który cię bił; bo z korzenia wężowego wynijdzie bazyliszek, a płód jego będzie smok ognisty latający.

I będą się paść pierworodni nędznych, a ubodzy bezpiecznie odpoczną; ale korzeń twój głodem wygubię a ostatki twoje wybiję.

Jako że wzrok bazyliszka ściągał natychmiastową śmierć, najpewniejszym sposobem walki z bestią było użycie zwierciadeł. Magistrat chciał uniknąć wysłania na tak niebezpieczną misję niewinnych mieszczan. Zatem władze dały wybór dwóm złoczyńcom, trzymanym w lochu: śmierć za przewiny, albo walka z bazyliszkiem i odpuszczenie grzechów. Swoją gotowość natychmiast zgłosić jeden z więźniów, pochodzący ze Śląska niejaki Jan Taurer. Przygotowano dla niego specjalnie odzienie, do którego przyczepiono lustra; śmiałka zaopatrzono nawet w specjalne nakrycie głowy. Ten pradawny sposób i w tym przypadku okazał się skuteczny: bazyliszek padł ofiarą własnego spojrzenia. Jego truchło wyniesiono na zewnątrz, aby wszyscy mogli spojrzeć na tę hybrydę węża, koguta i ropuchy. 

Panorama Warszawy zamieszczona w dziele Brauna i Hogenberga Civitates Orbis Terraraum, Kolonia 1617 r. Źródło: www.historic-cities.huji.ac.il/

“Albowiem bazyliszek i pogodnym wzrokiem zabija…”

Bazyliszek był znany starożytnym przyrodnikom. Pliniusz Starszy w swojej Historii Naturalnej opisuje mitycznego katoblepasa, zwierzę żyjące w Etiopii, którego wzrok mógł zabić. Zaraz potem przechodzi do opisania bazyliszka (tłumaczenie z 1845 roku, w zbiorach Biblioteki Narodowej):

Tęż samą siłą ma take bazyliszek z rodzaju wężów. Cyrenejska prowincya wydaje go nie większym nad 12 calil ma on białą cętkę na głowie, zdobiącą go niejako koroną. Sykaniem wypędza wszystkie węże, nie porusza ciała, jak inne, wielokrotnem zakręceniem, leb wzniesiony połową tegoż, prosto postępuję. Niszczy krzewy nie tylko dotknięciem, ale nawet chuchaniem; wypala trawy, łamie skały. (…) A przecież takiego potwora (albowiem królowie pagnęli częstokrość widzieć do zabitego) jad łasicy zabijał (…). Wrzucają je (łasice) tedy w jamy, łatwe do poznania z przyczyny suchości naokół ziemil te zabijają go natychmiast zapachem swoim, ależ same giną, i tak się kończy walka przyrodzenia.

W kolejnych wiekach ponury wizerunek bazyliszka uległ zmianie. Oprócz zabójczego spojrzenia, potwór wydzielał również trujące gazy. Bestia miała narodzić się z wężowego jaja wysiedzianego przez koguta, bądź kurzego jaja otoczonego opieką przez węża. W ludzkiej świadomości utrwalił się wizerunek bazyliszka jako przedziwnej hybrydy gada oraz ptaka, którego kogucia głowa zwieńczona była grzebieniem przypominającym koronę. 

Bazyliszek – drzeworyt Melchiora Lorcka, 1548 r. Źródło: www.collection.smk.dk

Potwór był znany również w średniowiecznej Polsce. Możemy się o tym przekonać, zaglądając do kroniki  mistrza Wincentego Kadłubka – jednego z najważniejszych źródeł do badania tamtego okresu. Kronika została napisana na przełomie XII i XIII wieku z polecenia Kazimierza II Sprawiedliwego, który w rozbitej na feudalne państewka Polsce był księcem zwierzchnim. Kadłubek opisał dzieje państwa od czasów najdawniejszych, gdzie legenda i fikcja mieszały się z rzeczywistością. 

W drugiej księdze Kadłubek opisuje konflikt Bolesława Krzywoustego ze swoim bratem, Zbigniewem. Oboje byli synami księcia Władysława I Hermana. Chociaż Zbigniew był starszy, pochodził z związku którego legalność była kwestionowana przez Kościół. Dlatego po narodzinach Bolesława, Zbigniew został odsunięty od pierwszeństwa, i niemal siłą przymuszany do stanu duchownego. Tymczasem w Polsce rosła opozycja wobec rządów Hermana oraz wszechwładnego palatyna Sieciecha, który stanowił szarą eminencję na dworze władcy. W rękach przeciwników Sieciecha Zbigniew stał się użytecznym narzędziem politycznym – śląscy możni sprowadzili go z saksońskiego klasztoru do Polski, a dzięki zwycięstwu w bitwie wymusili uznanie primogenitury pierworodnego syna Władysława Hermana. 

Potwór był znany również w średniowiecznej Polsce. Możemy się o tym przekonać, zaglądając do kroniki  mistrza Wincentego Kadłubka – jednego z najważniejszych źródeł do badania tamtego okresu.

Zapoczątkowało to wieloletnie zmagania pomiędzy dwoma braćmi. Początkowo Bolesław i Zbigniew działali razem, dzieląc władztwo pozostawione im przez ojca na dwie części. Konfrontacja była jednak nieunikniona. Z tego starcia zwycięsko wyszedł Bolesław, który ku oburzeniu ówczesnych elit oślepił Zbigniewa, przez co ściągnął na siebie kościelną klątwę i nakaz odpokutowania swoich grzechów. 

W swojej kronice Wincenty Kadłubek zdecydowanie opowiada się po stronie Bolesława. Portret Zbigniewa, która odmalowuje w swoim dziele, to portret człowieka złego i zawistnego. Opisując charakter wygnanego księcia, nie stroni od malowniczych porównań:

I tak jasno się pokaże, że natura jego nie ma związku z cnotą, jeżeli pochodzeniu jego uważniej się przypatrzymy. Niełatwo bowiem wzmocni się roślina, której korzeń robak w zamym zarodzie nadgryzie. (…) Taka jest bowiem jego natura jak bazyliszka, jak szaleju, jak smoka i węża rogatego. Wszak i bazyliszek pogodnym zabija wzrokiem i niszczy [łac. Nam et basiliscus serenitate uisus enecat et extinguit – przyp. aut.]. Szalej im słodszy tem jadowitszy; smok nigdy okrutniejszy, jak gdy gołębią schlebia niewinnnością. 

Nie ulega wątpliwości, że kronikarzowi chodzi właśnie o tego mitycznego powtora. Uży łacińskiej wersji nazwy tego potwora – basiliscus – co było bezpośrednim zapożyczeniem z greckiego słowa basilískos (βασιλίσκος), oznaczającego królewicza, młodego króla, cesarzątko. Dla ludzi średniowiecza bazyliszek stał się symbolem zła, przecistawianym Jezusowi. Dlatego często pojawia się w sztuce tamtego okresu, najczęściej jako potwór korzący się przed mocą Chrystusa.  Jednocześnie uważano bazyliszki za prawdziwe zagrożenie, mogące szkodzić ludziom. Bazyliszki miały grasować w wielu miastach średniowiecznej Europy, m.in. w Wiedniu, Memmingen czy Monachium. 

Preparat z bazyliszka

Wrócmy jednak do uliczek nowożytnej Warszawy. W połowie XVII wieku do miasta przybył angielski podróżnik, Peter Mundy, który pozostawił po sobie spisaną relację. Mundy był obieżyświatem, który przemierzył spory kawał świata. Swoimi podróżami mógł obdzielić całą rzeszę innych ludzi: odwiedził Japonię, Chiny, Indie oraz pachnący przyprawami Konstantynopol. Był jednym z pierwszych Anglików, który pisał o dobrodziejstwach herbaty i czekolady. Herbata według Mundy’ego to:

chaa, czyli jakiś rodzaj zioła zaparzonego w gotującej się wodzie

Porzucił jednak krainy Orientu na rzecz równie dla niego egzotycznych miast i państw Europy Wschodniej. W pierwszej połowie XVII stulecia na kilka lat osiadł w Gdańsku. W 1643 roku wyprawił się w podróż do Warszawy. Tam spotkał się z przedziwnym truchłem potwora, zawieszonym na bramie (powyżej oryginalny tekst, poniżej moje tłumaczenie):

Hier over the Castle gate of Warsaw is a Monster Fastned, of which the poeple report Fearfull things, as thatt itt would in the nightt com forth of som secret hole in the Castle and murder people in a strange Manner by laying himself over their Faces, stopping their breathes, and was att length soe Found on a prisoner whome was heard to cry, butt erre they came to his reskew hee was dead. They ten slew the said Monster and fastned him over the Castle gate. This is beeleived by the Commonalty: I thinck nott by the wiser sort. But as Near as I could perceive and Judge, beeing Near enoug to discerne, itt is nothing butt a broad Fish called with us a Ray, disguised, disffigured, the Mouth Made open, etts, as I have seene in Amsterdam and Hambro to bee sould, soe cutt uppe thatt they perffittly resemble dragons or other Monsters, though nott soe bigge as this. Every Country, etts., can relate of some perticuler wonder, viz., Mountaine, River, well, tree, stone, house: in England, many.

Tutaj, nad bramą zamkową w Warszawie, przyczepiono truchło potwora, o którym ludzie opowiadają przerażające rzeczy. Miał on wychodzić nocami z jakiejś sekretnej jamy pod zamkiem i mordować ludzi przedziwnym spososobem, to jest pokładając się na ich twarze, przez co przestawali oddychać. Pewnego razu dopadł pewnego więźnia, który wydał się z siebie krzyk, ale pomoc nadeszła za późno, i mężczyzna zmarł. Udało im sie jednak usiec potwora i zawiesić nad zamkową bramą. W to wierzy pospólstwo; myślę że mądrzejsi nie dają wiary tym bajaniom. Zbliżyłem się jak tylko mogłem aby to ocenić, i uważam że te truchło to nic innego jak szeroka ryba nazywana u nas płaszczką, którą ucharakteryzowano, oszpecono, otwarto na siłę paszczę etc. Widziałem podobne rzeczy w Amsterdamie i Hamburgu wystawione na sprzedaż – płaszczki w taki sposób pocięto, że przypominały smoki lub inne monstra, ale nie były tak duże jak ten w Warszawie. 

Zamek Królewski w Warszawie. Fragment sztychu Eliasa Baecka z pierwszej połowy XVIII wieku. Źródło: zbiory cyfrowe Biblioteki Narodowej

Mamy tutaj do czynienia z niezwykle interesującą wersją legendy o warszawskim potworze. Jednaj najciekawszym aspektem relacji Mundy’ego jest truchło potwora, rzekomo wywieszono na zamkowej bramie. Chociaż do tej pory nie udało mi się znaleźć innych źródeł potwierdzających prawdziwość tego przekazu, myślę że można uznać ją za całkiem wiarygodną, biorąc pod uwagę całą relację Mundy’ego, który był świetnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 

Jeżeli przyjmiemy prawdopodobność przekazu Anglika, spreparowany bazyliszek stał się dla warszawiaków czymś w rodzaju maskotki, turystycznej atrakcji, lub, być może, produktu na sprzedaż. Mundy wspomina o podobnych eksponatach wytworzonych z martwych płaszczek w Niderlandach i północnych Niemczech, które sprzedawano chętnym. We wnętrzu alchemicznej pracowni bazyliszek był niezwykle cenionym składnikiem różnorakich przepisów i rytuałów. 

W pewien sposób Mundy’ego uwiarygodnił…Julian Tuwim. Poeta w swoim krótkim tekście z 1952 roku poświęconym bazyliszkowi oraz innym mitycznym potworom zapisał: 

Dla swej rzadkości Bazyliszek był przez ówczesnych badaczy natury wielce poszukiwany, znaleźli się więc szalbierze, co sztuczne okazy zaczęli fabrykować. Przyrządzali je z pewnego gatunku ryby, zwanej Raja ; ryba ta płaska i chuda, więc po zasuszeniu można jej było przydawać dowolne kształty. Egzemplarz taki można było oglądać w gabinecie przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego jeszcze w roku 1819. 

Raja jest gatunkiem płaszczki. Być może eksponat znajdujący się na Uniwersytecie Warszawskim był tym samym, który na własne oczy oglądał w XVIII wieku Peter Mundy? 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *