Akademia Smorgońska, czyli szkoła tresury niedźwiedzi w dawnej Rzeczpospolitej

Akademia Smorgońska, czyli szkoła tresury niedźwiedzi w dawnej Rzeczpospolitej

Litewskie lasy przedstawione na mapie Sebastiana Münstera, 1556 r. Źródło: Polona.pl

Miasteczko Smorgonie, choć niewielkie, było malowniczym miejscem. Położone na lewym brzegu rzeki Wilii, Smorgonie leżały na ważnym szlaku handlowym łączącym Królewiec, Wilno oraz Moskwę. Osada znajdowała się na styku dwóch światów: litewskiego (a co za tym idzie, katolickiego) oraz ruskiego, czego wyrazem było sąsiadowanie ze sobą dwóch cerkwi oraz dwóch kościołów. W XVII wieku do tej barwnej mozaiki dołączył jeszcze jeden element: ośrodek tresury niedźwiedzi, znany jako Akademia Smorgońska.


Już od czasów średniowiecza oswojone niedźwiedzie, wykonujące wraz ze swoimi treserami cyrkowe sztuczki w rytm muzyki, były popularną rozrywką w całej Europie. Niedźwiednicy wędrowali od jednej osady do drugiej, zbierając pieniądze od gapiów spragnionych dreszczy emocji. Ten proceder miał się dobrze również w epoce nowożytnej. Ba, znane są liczne relacje o niedźwiednikach z XIX i XX wieku! Ci rzekomi pogromcy dzikich zwierząt znajdowali chętnych na swoje usługi zarówno na wiejskich placach, jak i na królewskich dworach czy we wnętrzach magnackich pałaców. Gdzie można było wyuczyć wielkiego drapieżnika posłuszeństwa? Chociażby w specjalnych ośrodkach, funkcjonujących w starej Rzeczpospolitej. 

Ludowy drzeworyt przedstawiający niedźwiedników, ok. 1700 r. Źródło: Zbiory cyfrowe Muzeum Narodowego w Warszawie

W żadnej innej części Królestwa Polskiego nie ma tak wielu lasów i niezamieszkałych terenów jak na Litwie.

– Bernard O’Connor

Przed wiekami Litwa słynęła ze swoich gęstych lasów oraz zwierząt je zamieszkujących. Mieszkańcy tej tajemniczej krainy, którzy jako ostatni w Europie ulegli procesowi chrystianizacji, byli źródłem wielu niesamowitych opowieści. Ponoć na Żmudzi, w niedostępnych i ciemnych zakątkach puszczy, ludzie z gminu wciąż oddawali cześć starym bogom. Rzeczywiście, dawni Bałtowie dbali przede wszystkim o święte gaje, rzeki czy jeziora, które były domem dla istot nadprzyrodzonych. Świadectwo o tym dał sam król Zygmunt August, który w liście do biskupa krakowskiego z 1547 roku stwierdził: Świeże jeszcze bardzo w tym naszym Wielkim Księstwie są powiewy w wiary chrześcijańskiej. Tu bowiem, poza Wilnem, a szczególnie na Żmudzi, ciemny nieokrzesany lud oddaje cześć boską (że zamilczę już o innych zabobonach) gajom, dębom, lipom, ruczajom, głazom, wężom wreszcie i składa im publiczne a także prywatne ofiary (cytat za Ryszardem Kiersnowskim).

Niemal 150 lat później  Bernard O’Connor, irlandzki lekarz na dworze królewskim, napisał w swojej książce Historia Polski:

Odtąd większość Litwinów wyznaje chrześcijaństwo, mimo że są wśród nich i bałwochwalcy, którzy mieszkając w wielkich lasach, szczególnie przy granicy z Moskwą i Żmudzią, wierzą w różne bóstwa i nadal tak jak niegdyś czczą węże. (…) W żadnej innej części Królestwa Polskiego nie ma tak wielu lasów i niezamieszkałych terenów jak na Litwie. Jeden z tych lasów rozciąga się wzdłuż na ponad 100 mil. Ludzie, którzy w nim żyją, są bardzo dzicy i ciemni, choć szlachta litewska jest w większości bardziej grzeczna, towarzyska, rzutka i wesoła niż Polacy.

Litewskie puszcze były domem dla wielu niedźwiedzi. Z jednej strony, potężne zwierzęta budziły uzasadniony strach oraz respekt. Niedźwiedzie wyławiano z lasów, aby urządzać wielkie polowania z ich udziałem w innych częściach kraju. Tak się stało w 1527 roku, kiedy król Zygmunt August brał udział w łowach w puszczy niepołomickiej. Rozjuszony litewski niedźwiedź zaatakował orszak władcy. Koń królowej Bony spłoszył się i zrzucił jeźdźczynię na ziemię. Wypadek miał tragiczne w skutkach następstwa: królowa Bona poroniła syna.

Tarzan po staropolsku. Dzieci wychowane przez niedźwiedzie

Niedźwiedzie były bohaterami niezwykle popularnego niegdyś przekonania, według którego dzikie zwierzęta były w stanie zająć się opuszczonymi dziećmi. Istnieje wiele przekazów, według których niedźwiedzice wykarmiły dzieci niczym swoje własne młode. Takie zdziczałe dzieci, odnalezione przez ludzi, były dla współczesnych sensacją oraz fascynującą ciekawostką. Temu fenomenowi dużo miejsca poświęcił w swojej Historii Polski O’Connor. Raz jeszcze zajrzyjmy do dzieła irlandzkiego lekarza: 

Na dworze królewskim wielokrotnie mnie zapewniano, a wierzy się w to w całym Królestwie, że ludzkie dzieci są wychowane przez niedźwiedzie, bardzo liczne w tych lasach. Podczas mojego pobytu takie dziecko mieszkało w klasztorze, co opisałem w swym łacińskim traktacie »Of the Suspensions of the Laws of Nature«. Dziecko to liczyło około 10 lat (co można wnosić tylko na podstawie jego wzrostu i wyglądu) i miało szkaradne oblicze, nie posługiwało się też ani rozumem, ani mową. Chodziło na czterech nogach i niczym nie przypominało człowieka poza budową ciała. Udzielono mu chrztu, jednak było ciągle niespokojne i niesforne, często gotowe do ucieczki. Wreszcie nauczono je stać wyprostowane w ten sposób, że opierało się o ścianę i utrzymywało taką pozycję jak psy nauczone prosić, oraz stopniowo przyzwyczajano jeść przy stole. W ten sposób częściowo je oswojono i dziecko zaczęło wyrażać swe myśli chrapliwym i nieludzkim głosem, jakkolwiek gdy pytano je o życie w lesie, nie było w stanie powiedzieć o tym więcej, niż my o naszym życiu w kołysce. 

Ilustracja przedstawiająca niedźwiedzicę karmiącą ludzkie dziecko, zamieszczona w Historii Polski Bernarda O’Connora. Źródło: Polona.pl

Ta opowieść była potwierdzona nie tylko przez senatorów i magnatów, ale również przez samego króla Jana III Sobieskiego. Wierzono że niedźwiedź rozszarpie napotkane dziecko, ale niedźwiedzica przygarnie je do swojego legowiska i wykarmi własnym mlekiem.

Daleko prędzej człowiek między złymi żywszy/Do ich się grzechów przeda, choćby najcnotliwszy./W niedźwiedzia, jeśli ten zwierz, dzieckiem wziąwszy małem,/W boru wychowa, człowiek przetwarza się ciałem,/Cośmy w Litwie widzieli, tak ostrzy pazury,/Tak mruczy, tak zarasta, tak się pnie do góry.

–Wacław Potocki “Sąsiad chromy nauczy chromać sąsiada”

W Akademii Smorgońskiej

Francuski jezuita Philippe Avril, profesor paryskiej Sorbony, został wybrany przez króla Ludwika XIV do odbycia podróży do Chin w poszukiwaniu dogodnych szlaków handlowych. Dodatkową motywacją było poznanie i opisanie tych fascynujących i w dużej mierze nieznanych Europejczykom dalekowschodnich krain. Trasa francuskiego jezuity biegła najpierw przez Syrię i Turcję w stronę Moskwy. Niestety, w państwie carów Avril ze swoim towarzyszem podróży zostali zmuszeni do zawrócenia, a jezuita wyruszył do Warszawy, zamierzając poszukać wsparcia na dworze króla Jana III. Po nieudanej wyprawie Avril pozostawił pisaną relację, w której miejsce poświęca również Rzeczpospolitej: 

Te okrutne bestie, które są miłośnikami miodu, sprawiają wiele kłopotu pszczołom oraz chłopom, dla których one pracują. Jednak oni mają na to sposób: wokół drzew ustawiają płot ze szpikulcami, bądź kopią doły, zakryte cierniami. (…) Litewskie lasy dostarczają mieszkańcom miodu, wosku, wielkiej ilości skór oraz futer. Łosie, lisy i niedźwiedzie występują tutaj tak często, jak w Moskwie (…). 

Poza historią dziecka, które zostało wykarmione przez niedźwiedzicę za czasów zmarłej królowej Ludwiki Marii, zapewniono mnie, że takie cuda dzieją się często. Dzieci znajdowane są w barłogach, całe i zdrowe, nawet pomimo spędzenia tam kilku dni. Pokazano mi również Akademię, gdzie niedźwiedzie są trenowane, zanim pokazuje się je w miastach Europy, co jest przecież częstym widokiem. To miasteczko nazywa się Samourgan, gdzie są nauczane z wielką zręcznością. 

Fragment XVII-wiecznej mapy Wielkiego Księstwa Litewskiego. W centrum, niedaleko Wilna, Smorgonie. Źródło: Polona.pl

Opisane przez Avrila miasteczko to właśnie litewskie Smorgonie. Nie można stwierdzić z całą pewnością, kiedy w miasteczku powstał ośrodek tresury: być może stało to się jeszcze w XVI wieku, kiedy majątek należał do Zenowiczów. Z pewnością już w połowie XVII wieku Akademia Smorgońska cieszyła się ugruntowaną sławą i dokonaniami. 

W Smorgoniach niedźwiedzie były tresowane za pomocą brutalnych środków. Wykorzystując muzykę oraz rozgrzane kafle, starano się wyrobić u tych zwierząt odruchy bezwarunkowe. Na tylnie łapy zwierzęcia nakładano specjalne obuwie. Niedźwiedzia prowadzono na rozgrzane kafle, a pod wpływem ciepła zwierzę instynktownie stawało na dwóch łapach. Dzięki tej okrutnej praktyce wymuszano pożądane reakcje, które dla postronnych osób mogły wydawać się tańcem. W Smorgoniach urządzono specjalne kwatery dla niedźwiedzi, łącznie z celami, w których zwierzęta mogły w spokoju przezimować. Podobny ośrodek tresury znajdował się w Klewaniu. Wytresowane niedźwiedzie często pojawiały się na magnackich dworach, stanowiąc dla ich właścicieli ciekawostkę oraz oznakę prestiżu. Jak napisał ksiądz Benedykt Chmielewski w swoich Nowych Atenach: tańcowaniem i różnych sztuk reprezentacją Ludzkie rekreują oko. 

Sława Akademii Smorgońskiej szybko przeniknęła do sarmackiej kultury. Osoby bez ogłady bądź pozbawione dobrych manier mogły być nazwane “akademikami smorgońskimi”. Historyk Ryszard Kiersnowski przytacza porzekadło z końca XVII wieku, z okresu tzw. kolizji litewskiej pomiędzy dwiema frakcjami. Szlachcice zbuntowani przeciwko coraz większej władzy rodu Sapiehów na Litwie złośliwie mówili o podskarbim litewskim Benedykcie Sapieże: że szlachta w Litwie lepiej panów czwyczy niż w Smorgoniach niedźwiedzie. Co więcej, sława Akademii doszła do samego Paryża. Wolter miał drwiąco stwierdzić, że Polsce są jedynie dwa uniwersytety: w Krakowie kształci się księży, zaś w Smorgoniach niedźwiedzie.

Portret Karola Radziwiłła, pędzla Konstantego Aleksandrowicza. Źródło: zbiory cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Po okresie upadku Akademii Smorgońskiej, związanym ze spustoszeniem spowodowanym przez III wojną północną, ośrodek został odtworzony z inicjatywy słynnego magnata Karola Radziwiłła Panie Kochanku, który dysponował w XVIII wieku największym majątkiem w Rzeczpospolitej. Niedźwiednicy sprowadzeni przez Radziwiłła pochodzili głównie z mniejszości romskiej, zamieszkującej ówczesną Rzeczpospolitą. Ekscentryczny Karol Radziwiłł trzymał tresowane niedźwiedzie na swoim dworze w Nieświeżu, a według legend poruszał się nawet powozem, do którego zaprzężono cztery kudłate bestie! 

Potężny magnat wyznaczył na zwierzchnika niedźwiedników Jana Marcinkiewicza, Cygana Starszego: swoistego naczelnika Romów, zamieszkujących w dobrach Radziwiłłów.

Romscy niedźwiednicy. Integracja po staropolsku

Tym samym Akademia Smorgońska jest również niezwykle interesującą opowieścią o dziejach Romów w Polsce. Romowie pojawili się na ziemiach polskich już w średniowieczu. Pierwsza fala przywędrowała najprawdopodobniej z Węgier, a w 1401 roku w księdze podkrakowskiego Kazimierza pojawia się zapis o Mikołaju Cziganie, który dzierżawił działkę na terenie miasta. Co ciekawe, Romowie w Krakowie musieli prowadzić osiadły tryb życia: zajmowali się najprawdopodobniej handlem, a kilku z nich służyło nawet dworowi królewskiemu.

Cyganie z niedźwiedziem w góralskim miasteczku wg obrazu Hipolita Lipińskiego. Wycinek z “Kłosów”, 1876. Źródło: zbiory cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Z czasem w Europie pojawiły się duże grupy wędrownych Romów. Często między nimi a tubylcami dochodziło do wielu konfliktów, dlatego w XVI wieku wielu władców wydało specjalne edykty, wyganiające Romów. Wobec tych represji tabory skierowały się na wschód i południe. 

Romowie zajmowali się głównie handlem końmi, kotlarstwem, niedźwiednictwem oraz wróżbiarstwem. Część z nich osiadała, rezygnując z wiecznego wędrowania, i czasami wchodziła na służbę lokalnych możnych. W dawnej Rzeczpospolitej rozróżniano Romów osiadłych oraz wędrujących, a tych drugich traktowano z dużą większą rezerwą. Również w Rzeczpospolitej pojawiały się prawa wymierzone przeciwko Romom, włącznie z próbami ich wygnania. Jednak w rzeczywistości było to martwe i nie respektowane prawo, a niektórzy szlachcice żądali wręcz jego zniesienia. Szczególnie duże grupy Romów zamieszkiwały na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego. 

W dawnej Rzeczypospolitej powstała unikatowa koncepcja, mająca prowadzić do swoistej integracji Romów. Otóż wyznaczono im zwierzchnika, który miał z jednej strony otoczyć opieką i ochroną Romów, z drugiej zaś: pilnować aby nie łamali oni prawa ani dobrych zwyczajów. Taka instytucja pojawia się za czasów Władysława IV i Jana Kazimierza. Od 1662 roku to stanowisko zajmowane było przez szlachciców. Romom nakazano posłuszeństwo wobec starszego nad Cyganami, który mógł roztrząsać spory i nakładać kary. Ostatni “król cygański”, Jakub Znamierowski, zmarł w 1795 roku. 

Aleksander Kotsis, “Cyganie”, przed 1873 r. Źródło: zbiory cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Szczególna sytuacja dotyczyła majątku Radziwiłłów. Zamieszkiwała w nich bardzo duża grupa osiadłych Romów, dla których magnaci wyznaczali osobnych zwierzchników. Wspomniany wcześniej opiekun Akademii Smorgońskiej, Jan Marcinkiewicz, był zwierzchnikiem Romów w Mirze. Romscy niedźwiednicy w Smorgoniach nie byli więc egzotyczną mniejszością, ale przedstawicielami osiadłej i tolerowanej na Litwie grupy etnicznej. 

Zmierzch Akademii

Akademia Smorgońska przetrwała upadek Rzeczpospolitej. Upadek instytucji wiąże się zazwyczaj z represjami po powstaniu listopadowym (w ich wyniku zamknięto przecież pobliską Szkołę Główną Wileńską). Według innej wersji, jeden z niedźwiedzi wytresowanych w Smorgoniach wyrządził krzywdę jednemu z mieszkańców szlacheckiego dworu, przez co podjęto decyzję o likwidacji Akademii. Nie oznaczało to, że w ciągu XIX wieku niedźwiedzie zniknęły z krajobrazu terenów byłej Rzeczpospolitej: jednak teraz pochodziły z głębi Rosji. Z czasem popularność tej rozrywki wśród elit malała, ale wytresowane zwierzęta wciąż przyciągały tłumy w miastach, wsiach i na jarmarkach.

Smorgonie na przedwojennym zdjęciu. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *